Mógł. Maria zmęczona była
Kategorie

Mógł. Maria zmęczona była

Mógł. Maria zmęczona była po nocy pełnej złych snów, po porannej modlitwie pełnej lęku o Sta­nisława. Największym lękiem ją przejmowało to, że bala się grzechu egoistycznej miłości nie dla­tego, iż krzywdzi Boga, lecz że traci na tym, na nieskuteczności grzesznej, egoistycznej modlitwy, on, Stanisław. Z ulgą patrzyła teraz na poważne krzątanie się Heleny wokół świątecznie wygląda­jącego stołu. I tamta widziała, że jej chmurne oczy jaśnieją chwilami w spojrzeniu w górę — na wiszący staroświecki zegar: dochodziła dwu­nasta. Maria wstała i wolno przeszła do swego poko­ju. Z gniewem spostrzegła, że stoi u okna, minę­ła klęcznik, chcąc widzieć tę pustą uliczkę, o któ­rą obijały się w tej chwili rzadkie, dalekie strza­ły — tak częste tu, ach, jak częste. Uklękła... Dzwonek zerwał jej modlitwę jak cios prądu. Całą siłą cisnęła swe krnąbrne ciało kolanami do ziemi: nie wstała. Dalej mówiła modlitwę, wie­dząc, że nadsłuchuje, czy siostra nie biegnie po schodach... Helenę uderzył dzwonek, gdy pochylona nad sałatką, liczyła krople oliwy. Niecierpliwym ge­stem odpędziła od siebie głos dzwonka. Wrócił dopiero, gdy zła o możliwą omyłkę (znów ostrość będzie nie ta) smakowała w wewnętrznej ciszy. Próbowała. Na powtórny głos dzwonka skoczyła do okna, by z zawodem dostrzec oddalające się plecy mężczyzny w cyklistówce i ceratowym płaszczu. Dopiero teraz przypomniała sobie hu­czące przed dobrą chwilą strzały, które mgliście tylko zanotowała jej zajęta pracą wyobraźnia. Chciał się schować — pomyślała jeszcze. Po­myślała, by otworzyć okno, zawołać, wpuścić... ale spojrzała na dymiącą kuchnię... Kipiało. Sko­czyła do pieca. W pół drogi zatrzymał ją bliski wybuch kilku strzałów i krzyków. Skoczyła do okna. Mleko syczało na kuchni, tłumiąc szept mo­dłów Marii. Pamiętał jej oczy, zawsze, gdy zaciskał powieki, by zasnąć. One były, aby noc trwała długo, cicha... Przez sen obejmował ją za szyję, żeby te oczy jej spo­czywały. Noc trwała. Nie budził się już wtedy nigdy, nie przerywał mu snu żaden hałas ani krzyk, ani smu­ga światła błądząca nagle po izbie. Spał. O, to były piękne noce. Znał je na pamięć. Gdy już wieczór nadchodził, z uchylonego nieba płynął ciepły zapach — tak, czuł to wtedy — powietrze. Wiedział, że ona nim oddycha, jest w nim... Tylko w pierwszych minutach, gdy chciał za­snąć, gdy śpieszył się i wciskał głowę w sztywne na desce ramię, tylko wtedy jego spokój niepew­ny był i wątły: później już nadbiegała w ciem­nym błysku jej oczu — noc. Taka noc, za jaką tęsknił, kiedy nie miał nadziei zobaczyć Marii. I noc przychodziła zawsze. Gdy rankiem zrywali się, potłuczeni przez twarde deski prycz, i biegiem ruszali do mycia, już wtedy czuł, że jest niedaleko, że przyjdzie — ta noc. Dni, kiedy miał

Poprzedni - W inny, zwykły
Następny - Zobaczyć Marię, były

Strony pokrewne